Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kryminał. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kryminał. Pokaż wszystkie posty

środa, 28 listopada 2012

Śmierć za dnia/ Dzień śmierci - Kathy Reichs


źródło
Śmierć za dnia (wydana także jako Dzień śmierci) to druga książka Kathy Reichs, która została ukazała się dość dawno, bo w 1999 roku. Znowu mamy do czynienia z doktor antropologii Temperance Brennan, która próbuje rozwikłać kolejne morderstwo. A może to nie tylko „przypadek podobny do wszystkich”? Tym razem Kathy Reichs postanowiła zaskoczyć czytelnika.

Książka rozpoczyna się w momencie, gdy dr. Brennan szuka grobu zakonnicy, siostry Elisabeth Nicolet, która ma zostać kanonizowana.  Miłośnicy zbrodni sprzed lat będą zawiedzeni, ponieważ jest to jedynie motyw poboczny. Główna bohaterka zostaje oderwana od prac wykopaliskowych, kiedy w okolicy Montrealu spłonął dom, a w nim dwoje ludzi. W piwnicy znajduje kolejne szczątki, a w szopie stojącej obok, jeszcze bardziej makabryczne znalezisko  - zwłoki małżeństwa i ich dwójki malutkich dzieci. Próbując dowiedzieć się o ofiarach jak najwięcej, Temperance i jej partner, detektyw Ryan, wpadają w wir śledztwa, które doprowadza ich do pewnej sekty. 

Niektórzy być może stwierdzą, że jest to fabuła jak każda inna. Mamy morderstwo, krótki wątek miłosny, bohatera w tarapatach i mnóstwo przenikliwych umysłów. Kathy Reichs wyszła jednak poza tą konwencję. Z jednej strony mamy podejrzaną sektę, która chce by ludzie oderwali się od życia w metropoliach i ratowali świat przed upadkiem. Z drugiej są morderstwa, które wydają się mieć ze sobą dużo wspólnego. Do ostatnich stron nie wiadomo, o co w tym wszystkim chodzi, czytelnik łączy podświadomie wszystkie fakty, które zdają się współgrać, jednak tak samo jak bohaterowie powieści nie jest pewien, czy jego przypuszczenia są słuszne.

W porównaniu z pierwsza książką autorki – Déjà Dead– ta wyszła znacznie lepiej. Śledztwo toczy się na wielu płaszczyznach. Bohaterka w tle zmaga się z niejasną dokumentacja na temat siostry Nicolet, próbuje odkryć kim naprawdę są członkowie sekty, rozwiązuje niezwykle zawiłą sprawę kilku powiązanych ze sobą morderstw.  Ponadto tym razem relacje między postaciami są dużo bardziej wyraziste – w pierwszej części nie do końca dało się stwierdzić, kto jest po czyjej stronie. W Śmierci za dnia pojawiają się również zupełnie nowe postacie, ludzie często zmieniają miejsce pobytu, scenerię, a nawet klimat. Bez wątpienia wnosi to pewien powiew świeżości. To dopiero drugi tom cyklu, a mimo to już mogę powiedzieć, że warto sięgnąć po dzieła Kathy Reichs. Na moim nocnym stoliku leży już kolejna część i tylko czeka, bym ją wzięła w ręce. Z pewnością to zrobię, bo jestem głęboko przekonana, że Śmiertelne decyzje również mnie pozytywnie zaskoczą.  

wtorek, 23 października 2012

Śmierć letnią porą - Mons Kallentoft

źródło

Na Monsa Kallentofta trafiłam jeszcze w liceum podczas wycieczki do Warszawy. Próbowałam uniknąć „zwiedzania” znienawidzonej galerii handlowej – dla mnie wycieczka do opery powinna zacząć i zakończyć się w operze. Schowałam się więc w Empiku, w nadziei, że nikt mnie nie znajdzie. Na dziale kryminałów rzuciła mi się w oczy niebieska okładka „Ofiary w środku zimy” . Przedstawiała zmarznięte nogi osoby, która wyglądała na wisielca. Jako, że chowam w sobie głębokie zamiłowanie do brutalnych scen, od razu sięgnęłam po książkę. Na wypożyczenie w bibliotece musiałam co prawda trochę poczekać, lecz od razu wiedziałam, że Kallentoft będzie moją nową miłością.

Pierwsza część cyklu (który na chwilę obecną składa się z 5 części) o komisarz Malin Fors, to próba rozwiązania morderstwa Bengta Andersona, człowieka, który został znaleziony powieszony na drzewie przy jednej z szos prowadzących do Linköpingu. Drugi tom to jednak zupełnie odmienna historia. W Śmierci letnią porą przenosimy się do zupełnie innego wymiaru, w którym panuje piekło – okoliczne lasy płoną, temperatura już dawno nie była tak wysoka. Zaczynają znikać dziewczynki akurat w wieku Tove -córki głównej bohaterki. Jedna zostaje znaleziona martwa, wyszorowana do białości klorinem*, zgwałcona. Innej udaje się uciec. Nie pamięta jednak niczego, co mogłoby doprowadzić albo chociaż przybliżyć zespół śledczych do rozwiązania zagadki. 

To, co uwielbiam z książkach Kallentofta, to głębokie przestudiowanie psychiki wszystkich bohaterów. Autor wplótł w śledztwo retrospekcje dotyczące pojawiających się postaci. Dzięki temu czytelnik wie dokładnie, czemu popełnione zostało morderstwo oraz czemu właścicielka budek z lodami przy kąpieliskach tak chętnie bierze udział w gaszeniu pożarów trawiących miasto. Szwedzki pisarz czyni każdą postać soczystą i pełną. Ponadto Malin Fors nie jest antropologiem sadowym, patologiem czy lekarzem. Pracuje w policji, co odbiega od ostatnio modnej konwencji medycznej. Ma niesamowitą intuicją, jednak nie do końca potrafi podążać za jej głosem. Szuka, błądzi, zapętla się we własnych rozważaniach. Mimo tragicznych wydarzeń pozostaje także zwykłą kobietą, która nie potrafi się pogodzić z tym, z jaka łatwością rozpadło się jej małżeństwo.

Pierwsza rzecz, która bije po oczach to tytuły. Każdy to inna pora roku. Zaczynamy od zimy, poprzez lato, jesień i wiosnę. Gdy dowiedziałam się, że powstaje piąta część zaczęłam zastanawiać się w duchu jak wybrnie autor. Niedawno ukazała się „Piąta pora roku”. Jak powtarza mój tata – prosty sposób zawsze jest najlepszy.

 Mons Kallentoft ma z pewnością swój własny niepowtarzalny styl. Już po przeczytaniu pierwszych stron Ofiary w środku zimy wiedziałam, ze trzymam w rękach coś zupełnie odmiennego. Byłam głęboko przekonana, że czeka mnie zderzenie z zupełnie innym podejściem do kryminału. 

W oczy rzuca się czas, w którym opowiadane są zdarzenia. Czas teraźniejszy. Malin nie szła, a idzie. Pies nie szczekał, a szczeka. Czyż to nie banalne? Oczywiście początkowo nie mogłam się przyzwyczaić, było to drażniące do granic możliwości. Zwykle gdy zagłębiam się w  świat powieści biegam tuż obok bohatera, razem z nim kryję się w krzakach, dostaję kamieniem w głowę (czasem odnoszę wręcz wrażenie, że i mnie to zabolało). Zamiana czasu spowodowała, że unosiłam się nad wszystkim oglądając całe zamieszanie z góry. Podczas lektury prawie cała krzyczałam „Uważaj!”. Spotkałam się z tym pierwszy raz właśnie w serii o komisarz Fors i jestem szczerze zafascynowana tym, jak prosty zabieg zmienił moje postrzeganie rzeczywistości.

Nie tylko to jest swojego rodzaju podpisem autora. Kallentoft dał możliwość mówienia ofiarom. Zarówno w Ofierze… jak i Śmierci… osoba zamordowana stara się porozumieć ze światem żywych, pomóc policji dowiedzieć się prawdy, ująć sprawcę. Nadal ma w sobie zupełnie „żywe” uczucia – tęskni, czuje się samotna, odczuwa niewygodę i chłód. Dodaje to niesamowitej dynamiki całej powieści, zwłaszcza gdy ktoś potrafi zobaczyć (oczywiście oczyma wyobraźni) ducha unoszącego się nad funkcjonariuszami, który błaga o pomoc. Jeśli dorzucimy do tego np. niezwykle sugestywnie opisaną scenę, gdy martwa dziewczyna patrzy funkcjonariuszom w oczy i woła ojca, całość z pewnością wybija się na tle innych kryminałów. Mimo wszystko to nie fantastyka – żywi nie słyszą martwych, bez przesady ;)

Możliwe, że niektórzy z niespełnionych pisarzy plują sobie w brodę, że nie wpadli na tak proste rzeczy jak Kallentoft. On jednak wpadł, co czyni jego powieści naprawdę niesamowitymi i trzymającymi w napięciu. W dodatku autor jest Szwedem – a będąc Szwedem nie da się pisać źle ;)

*klorin, to (wedle mojej wiedzy) jakiś związek chloru do odkażania, podobny do naszego domestosa, jednak mocniejszy. 

środa, 25 lipca 2012

Déjà Dead/ Zapach śmierci - Kathy Reichs


źródło

Mam taką manię, że nie jestem w stanie poznać autora inaczej, niż zaczynając od jego pierwszej książki. Tak poznałam między innymi Stephena Kinga, ale i Kathy Reichs, która jest moim najnowszym odkryciem. Na książkę tej autorki natknęłam się w Empiku, gdzie potrafię przesiadywać godzinami i przepraszać książki za to, że nie mogę ich zabrać. W oczy rzuciło mi się 206 kości, dwunaste już dzieło autorki. W tym momencie coś mnie tknęło, bo wiedziałam, że już gdzieś słyszałam jej nazwisko. Sięgnęłam jednak po Déjà Dead, pierwszą część cyklu, wydaną w 1997.

Déjà Dead, znana też jako Zapach Śmierci, opowiada o młodej pani antropolog  Temperance Brennan pracującej w prowincji Quebec (gdzieś w Kanadzie). Tempe, jak zwą ją koledzy, współpracuje z policją pomagając rozwiązywać wszelakie sprawy, w których trup ściele się gęsto i często. Trafia na przypadek, w którym kobiety okaleczane są nadzwyczaj brutalne, a następnie porzucane lub zakopywane. W tym momencie zaczyna się cała historia.

Pierwsze skrzypce w całej powieści gra  niesamowity instynkt bohaterki. Pozwala ona swoim myślom spokojnie krążyć, by pomysł, który kłębi się gdzieś z tyłu głowy mógł wreszcie nabrać jakiś realnych kształtów. Ponadto  Temperance myli się, czasem chwyta błędny trop, podąża za czymś, co do niczego nie prowadzi. Zawsze jednak w porę powraca na właściwą ścieżkę. Nie jest to kolejna bohaterka rodem z CSI. Nie ma tego niesamowitego daru, który pozwala jej dokładnie namierzyć miejsce, gdzie w mieszkaniu ofiary sprawca porzucił kawałek swojego DNA, a to właśnie dodaje całej fabule autentyczności. Co więcej akcja toczy się gdzieś około 1995 roku, przez co śledczy nie mają dostępu do elektroniki najwyższych lotów, a komputery raz działają, a raz nie. Wszystko to sprawia, że bohaterka wykreowana przez Kathy Reichs musi wykazać się doświadczeniem i talentem by osiągnąć cel, a nie jedynie wpisać dane w jedno z tych nowoczesnych urządzeń i wydrukować wynik na czymś przypominającym paragon.

To nie koniec zalet. Autorka jest prawdziwym antropologiem, przez co bohaterka, którą stworzyła, dokładnie wie co robi. Nie ma tu bredni ani banałów. Wszystko, co robi Tempe, jest dokładnie opisane i wyjaśnione czytelnikowi. Bohaterka widzi, jak prowadzono linię cięcia przez staw, wie, że rękę odpiłowano, a nie odcięto.  Nie pomija żadnych znaczących szczegółów. Jestem absolutnie przekonana, że jeśli w którejś z następnych części będzie miała do czynienia z wisielcem, na pewno nie będzie on miał spokojnej i uśmiechniętej twarzy.

Książka ma tez swoje mankamenty. Cała fabuła oparta jest na tym samym schemacie, co większość kryminałów. Fakt, jest o wiele bardziej realistyczna i lepiej skonstruowana niż przeciętnie, jednak model pozostaje modelem. Zwykle historia toczy się po wyznaczonym torze – bohater zaczyna widzieć znaczące rzeczy, jednak jego współpracownicy dostrzegają w tym jedynie zbieg okoliczności, dopiero z  czasem zaczynają we wszystkim zauważać pewną prawidłowość . Poszukiwania nabierają na obu płaszczyznach szybszego tempa, jednak bohater wpada w tarapaty. Na szczęście współpracownicy w porę zjawiają się ratując mu skórę, przestępstwo zostaje rozwiązane. Na tej samej bazie zbudowane jest także Déjà Dead, co absolutnie nie zmienia faktu, że książka wyróżnia się trochę spośród innych. Nie ma jedna co narzekać, może to jedynie wina tego, że powieść jest debiutem?

Na początku wspomniałam, że skądś kojarzyłam nazwisko autorki. Skąd? Na podstawie książek tej właśnie autorki powstał mój ukochany serial Kości (w którym  Temperance Brennan pisze w jednym odcinku książkę, której główna bohaterka nazywa się… Kathy Reichs - przyznam, że pomysłowo). Po przeczytaniu pierwszej części i obejrzeniu wszystkich 7 sezonów musze jednak zaznaczyć, że stwierdzenie „na podstawie” jest tu bardzo naciągane. Jedynym podobieństwem w obu historiach są personalia bohaterki, jej zawód oraz wyraźna chemia miedzy nią a przystojnym detektywem, z którym pracuje. I tyle. Losy postaci są zupełnie odmienne, podobnie jak ich usposobienie, charakter czy to, co przeżyli w przeszłości. Możliwe, że wszystko zmieni się w następnych tomach. Jedno jest pewne – po kolejną część – Dzień śmierci – na pewno sięgnę i jestem przekonana, że będę równie zachwycona co w przypadku Déjà Dead. 

poniedziałek, 11 czerwca 2012

Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet – Stieg Larsson

źródło
Nie mogę uwierzyć, że mając całą trylogię Millennium na półce, przeczytałam pierwszą część dopiero teraz. Zawsze wiedziałam, że skandynawscy pisarze są świetni (Mons Kallentoft, mój ukochany,  dla przykładu), ale Autor „Mężczyzn, którzy nienawidzą kobiet” przerasta ich wszystkich przynajmniej o pół głowy.

Świat, który wykreowała Larsson to rzeczywistość, która jest nam poniekąd obca. Nie ma tu celebrytów i gwiazd, a główną rolę grają znani dziennikarze i świetnie wykreowane intrygi.  Akcja z początku toczy się na 2 płaszczyznach – z jednej strony poznajemy Mikaela Blomkvista, z drugiej Lisabeth Salander, a przez długi czas ich losy nie chcą się spleść (muszę przyznać, że w połowie książki zastawiałam się, czy to kiedykolwiek nastąpi). Gdy jednak dwoje bohaterów wreszcie spotyka się,  wszystkie wydarzenia zaczynają przybierać szybszy obrót. Każda analizowany szczegół zawiłej zagadki dowodzi sprytu młodej Salander i przenikliwości Blomkvista. Nie dają się zwieść mylnym tropom, uparcie szukają prawdy uciekając się do tego, co przyniósł XXI wiek - komputerów, hackerstwa i powszechnego dostępu do wielu informacji. W toku śledztwa na  światło dzienne wychodzi nie tylko prawda skrywana przez ród Vangerów, ale także zbrodnie innych członków rodziny czy wykryciem prawdziwej działalności Wennerströma.

Stieg Larsson stworzył świat podobnie jak Simon Beckett czy Mons Kallentoft. Pozwala czytelnikowi dochodzić  do rozwiązania zagadki razem z bohaterami, nie przesądza niczego z góry, wszystko co wiedzą bohaterowie jest jawne. Udało mu się sprawić, co jest talentem rzadkim, że do ostatniej chwili nie jest zupełnie jasne co tak naprawdę się wydarzyło. W pierwszej części Millennium mężczyźni na prawdę nienawidzą kobiet całym sercem. W „Mężczyznach…” morderstwo to nie oddanie kilku strzałów, ale dokładnie zaplanowane przedsięwzięcie z własną złożoną dokumentacją, postaci to żywe istoty a nie tylko maszyny. Nic nie jest tu uogólnione, ani uproszczone, może z wyjątkiem wątków lekko erotycznych, które dodatkowo dodają całości smaku. Pierwsza książka Larssona jest pewnym wyzwaniem i z pewnością trzeba zarezerwować sobie trochę czasu, bo kto raz weźmie ją w ręce, nie będzie w stanie jej odłożyć dopóki nie dobrnie do ostatniej strony.

Przeczytałam pierwszą cześć trylogii Millennium i już wiem, że dwie kolejne książki również pochłonę. Wiem też, że gdy skończę ostatni tom będę zawiedziona, że nie czeka mnie więcej. Stiegu Larssonie, czemu umarłeś??